Czarny piątek

Zdarzają się takie dni, kiedy dosłownie wszystko idzie źle i człowiek tylko czeka aż mu ptak na głowę nasra do kompletu.
U Marjanny taki właśnie był ostatni piątek.

Właściwie nic nie zapowiadało, że dzień będzie tak kiepski.
Choć z samego rana, gdzies tak w okolicach piątej, Córka Młodsza zakrztusiła się bananem i zarzygała pół pokoju.
Na szczęście gorączka, która jeszcze wieczorem zwiastowała problemy ustąpiła, Marjanna przekonana więc, że teraz będzie już tylko lepiej, wsadziła Córki do auta i pojechała do Lublina.
Niestety, później było już tylko gorzej…

Zapytacie może po co ten wyjazd do Lublina.
Zacznijmy więc od krótkiego wprowadzenia.
Małżonek kupił sobie auto.
Ciężarowe.
Nie od dziś wiadomo, że Małżonek robi różne dziwne rzeczy, a Marjanna – jak na idealna żonę przystało – z radością wspiera go w kolejnych przedsięwzięciach.
Kiedy więc okazało się, że trzeba nowy nabytek przyprowadzić jakoś do Warszawy, Marjanna zasiadła przed komputerem i rozpoczęła poszukiwania kierowcy z odpowiednimi uprawnieniami.
Znalazła.
Choć miała tego jeszcze gorzko żałować.

Kierowca ledwo wsiadł do ciężarówki, zarysował auto stojące obok na parkingu.
No nic, zdarza się najlepszym – pomyślała sobie Marjanna, która swego czasu z upodobaniem stukała się na rondach. ;)
Wyciągnęła więc po raz kolejny Córki z auta, schowała je w cieniu, a sama poszła podrzucić formularze do spisania oświadczenia na okoliczność kolizji.
Prawie godzina w plecy.
Córka Młodsza trzymała się całkiem nieźle.

Gdy formalności zostały załatwione, impreza przeniosła się na pobliską stację benzynową.
Ciężarówka podjechała, kierowca zatankował i… nic.
Samochód nie odpalił.
Nawet jedną kontrolną nie mrugnął…
– W razie czego tu obok można kupić nowy akumulator – zasugerowała Pani Księgowa, która razem z Marjanną jechała załatwić formalności w urzędzie celnym – Ale może najpierw zadzwońmy po mechaników…
Trochę ponad pół godziny później okazało się, że przepalił się bezpiecznik.
Zegarek wskazywał już prawie południe i powrót do Warszawy na 15-tą był już raczej nierealny.
Tym bardziej, że w międzyczasie Marjannę olśniło, że ciężarówką po drodze ekspresowej nie jedzie się tak zwyczajnie i trzeba najpierw zorganizować pudełeczko do opłat.
Gdy więc auto było już na chodzie, skierowali się do punktu dystrybucji ViaToll.
Oczywiście właściwy zjazd przegapili, zaparkowała więc Marjanna tam, gdzie nie powinna, wrzuciła awaryjne, a kierowcy przykazała:
– Jakby co, to niech pan mówi, że się dziecko porzygało i pobiegłam je umyć do tej tam restauracji.
I z Córką Młodszą pod pachą pobiegła.
W tym czasie CM zaczęła się już nagrzewać…

Zanim udało się dotrzeć do agencji celnej była prawie 13-ta, a Córka Młodsza miała ponad 39o gorączki.
Na szczęście Marjanna, w przypływie geniuszu, spakowała do torby termometr i syrop.
Formalności w urzędzie celnym załatwione zostały całkiem sprawnie i po trochę ponad godzinie Marjanna była gotowa do powrotu do domu.
Żeby się dostać na wylotówkę na Warszawę trzeba było przejachać niemal całe miasto w zaczynających się już przedweekendowych korkach.
Kolejne pół godziny w plecy.
Córka Młodsza zasnęła, kiedy tylko samochód ruszył.
Córka Starsza wrzeszczała, że jest głodna.
Marjanna miała dosyć.
A dzień się dopiero rozkręcał…

Do Warszawy ostatecznie dotarły koło 17:30.
Ciężarówka – niespełna pół godziny później.
Córka Młodsza znowu zaczęła się nagrzewać…
Marjanna rzuciła więc tylko okiem gdzie kierowca zaparkował, wyłączyła światła o których zapomniał i pojechała go podrzucić do domu.
W drodze powrotnej miała odebrac od Dziadków Syna, ale Córka Młodsza postanowiła się wyrzygać.
W samochodzie…
Jako że do tego miała znów ponad 39o gorączki Marjanna pojechała prosto do lekarza.
I dostała skierowanie na SOR.

Razem z Córką Starszą, zjawiły się w szpitalnej izbie przyjęć gdzieś koło godziny 20.
Wyszły pół godziny po północy.
W tym czasie przez ponad 1,5h próbowała Marjanna Córkę Młodszą namówić, żeby ta nasikała do kubeczka.
Bezowocnie…
Wróciły więc do do domu z przykazaniem złapania próbki do badania z samego rana i… bez diagnozy.
A CM znów zaczęła się nagrzewać…

I na tym ten koszmarny dzień mógłby się zakończyć, gdyby nie wczorajszy telefon od Małżonka:
– Bejb, ty oglądałaś dokładnie ten samochód? Bo ten kierowca go musiał rozwalić…
No i rozwalił, kontener ma na duchu wielką dziurę.
IMG_1820IMG_1821

Na szczęście w odwiedzinach u Marjanków był akurat koleżanka z mężem, który zawodowo współpracuje z wieloma serwisami w całej Polsce i w ciągu kilku minut ogarnął sytuację.
Skontaktował Marjannę z serwisem Cartimex w Warszawie, panowie przyjechali, zabrali ciężarówkę i obiecali że będzie gotowa po weekendzie.
W całkiem rozsądnej cenie.
Jakby co, to Marjanna poleca!

P.S. Córka Młodsza dziś w końcu przestała gorączkować.
Nikt nie wie co jej było…


33 myśli nt. „Czarny piątek”

  1. jesteś kobietą ze stali :) mnie już by dawno te perypetie poskładały, zapakowały w walizkę i wysłały z biletem tylko w jedną stronę gdzieś na koniec świata ;)

  2. dla pocieszenia powiem tylko, że syn mój ciągle się nagrzewa z niewiadomych przyczyn do 40 stopni, po 4 latach przywykłam ;)

  3. Może trzydniówka? Moja też gorączkuje właśnie drugi dzień, mocz do woreczka ale nic nie wykazało, pediatra stwierdziła trzydniówkę.
    Ale Cię podziwiam bo ja bym się pewnie po prostu rozryczała ;-)

  4. Trzydniówkę można mieć dwa razy, wywołują ją dwa rodzaje wirusów. I wysypka tez nie zawsze się pojawia, a gorączka zamiast trzech może trwać pięć dni.

  5. bosze, aż mi łza sie w oku zakręciła tak mi się Ciebie żal zrobiło ;) ja już widzę oczyma wyobraźni jak bym porzuciła tą ciężarówkę na środku autostrady i zadzwoniła do małża rzucając k*rwami i h*ujami, że ma sobie ją sam odebrać :D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiadomienia o nowych komentarzach: