O tym jak Marjanna (prawie nie) wyjechała do Anglii vol.2

Wtorek powitał Marjanków drobnym deszczem.
I radosną informacją, że naprawa Forda kosztować będzie jakieś 1000EUR.
Plus VAT.
I koszty nocnego holowania, ma się rozumieć.
– To taniej go będzie chyba zezłomować… – mruknął pod nosem Małżonek, a Marjanna żałośnie chlipnęła.
No bo jak to tak, jej Fordzik na złom?!?

Co by się z autem nie działo, trzeba było ruszać dalej.
Hotel może pierwsza klasa, ale jednak dłuższy pobyt nadszarpnąłby rodzinny budżet.
Po szybkim przeanalizowaniu dostępnych opcji, sprawdzeniu cen połączeń lotniczych, drogowych i morskich oraz ustaleniu kosztu błyskawicznej budowy teleportu, okazało się że najtańszym rozwiązaniem będzie wynająć drugi samochód.
I tu do Marjanków po raz pierwszy uśmiechnęło się szczęście – punkt odbioru pojazdu okazał się być zlokalizowany w… samochodowym warsztacie.
A przemiły belgijski mechanik (info dla MS: szczególnie wysoki to nie był, ale serio super, jakby co Marjanna ma numer ;) ) znacząco popukał się w głowę, gdy mu Małżonek przedstawił wyliczony w serwisie koszt naprawy.
Od słowa do słowa, Marjanna odebrała kluczyki do nowiutkiej Fiesty (3km miała na liczniku; Fiesta, nie Marjanna), a Małżonek ustalił sposób reanimacji Forda.
Za pół ceny.

Jeszcze tylko krótka wizyta w serwisie, gdzie Małżonek zostawił jedyne 400EUR (holowanie i diagnoza; się cenią sukinsyny) i Marjanki mogły pożegnać Belgię.
Zgodnie z pierwotnym planem, kolejnym etapem podróży była Francja, nocleg w hotelu w pobliżu portu i rano przeprawa przez morze.
Ostatecznie Marjanna też miała jechać pociągiem, bo prom wyszedłby za drogo.
I w sumie niewiele byłoby tu do napisania, gdyby hotel nie okazał się być tak podły, jak tylko być mógł, a Marjanna nie dostała dziś w południe mejla, że ją złapał radar gdzieś po drodze.
Kolejne ojro będą w plecy…

Tym sposobem w środę, 19 sierpnia, o godzinie 6:20 cała rodzina Marjanków stanęła szczęśliwie na brytyjskiej ziemi.
Z kubkiem parującej kawy w dłoni i słodkim batonem schowanym w kieszeni Marjanna ruszyła w drogę pod prąd, by po 4 godzinach dojechać do nowego domu.
Małżonek z Córką Starszą dotarli sporo później, bo oczywiście nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej i jakimś cudem ładunek przemieścił się w samochodzie obciążając głównie jedną stronę.
Nie trzeba być asem z fizyki, żeby uświadomić sobie jak mogło to być niebezpieczne…
I taki chyba jest finał wyjazdu do UK…

Ale nie finał przygód i złośliwych zrządzeń losu.
Bo przecież Ford został w Belgii, a w Anglii pod domem stała wypożyczona Fiesta.
Dlatego też w piątek, bladym świtem Marjanna porzuciła u znajomych 2/3 Potomstwa, a sama z Córką Starszą i koleżanką wybrała się w krótką podróż na kontynent.
Pociągiem, bo przecież czasu było mało, wieczorem trzeba wracać, a rejs promem trwa całe 2 godziny.
Do Folkestone, skąd startuje pociąg, dotarły bez większych problemów (małe pomylenie drogi na samym końcu uznaje Marjanna za drobiazg).
Schody zaczęły się po zaczekinowaniu się na bramce – minimum 2 godziny opóźnienia, sytuacja jest rozwojowa…
Marjanna, trochę zaniepokojona, udała się przebukować bilet powrotny, w myślach obliczając jakie ma szanse zwrócić auto przed 16.
Całe obliczenia chuj strzelił, kiedy na pokład pociągu wjechała dobre 3,5h później niż było to zaplanowane.
Na dojazd z Francji do Belgii miała ledwo 40 minut, bo o 18 zamykali warsztat.
Rzutem na taśmę, łamiąc po drodze wszelkie możliwe ograniczenia prędkości (ciekawe ile jeszcze mandatów przyjdzie do zapłacenia…), udało się dojechać na czas.
No, z jedynymi 10 minutami spóźnienia ;)
Ale przemiły belgijski mechanik powiedział, że nie ma problemu.

Marjanna zdała kluczyki, podpisała niezbędne dokumenty i odebrała ukochanego Forda.
Z przykazaniem niezwłocznego udania się na najbliższą stację benzynową, zasiadła za kierownicą.
Auto trochę muliło po drodze i nieprzyjemnie szarpało, uznała więc Marjanna że najbezpieczniej będzie wlać tylko kilka litrów i sprawdzić czy wszystko działa.
Podjechała pod dystrybutor, wczytała kartę w maszynie, zaakceptowała PIN i wlała do baku jakieś 15 litrów benzyny.
Następnie zamknęła wlew w aucie i już, już miała wsiąść, gdy okazało się że z drugiej strony samochodu jest wielka… wróć – OGROMNA plama.
Całe 15 litrów poszło w kanał…
– Kurwa, będziemy tu nocować! – jęknęła Marjanna, chwytając się za głowę.
W przypływie zdrowego rozsądku rzuciła jeszcze do koleżanki:
– Dzwoń do mechanika – no bo telefon Marjanny odmówił oczywiście w Belgii współpracy.
Mechanik natychmiast przyjechał, podłączył to, co nie zostało podłączone wcześniej, przeprosił bardzo serdecznie i wlał dodatkowe 10l ponad to, co z auta wypłynęło.
Jeszcze, dla pewności, zrobił rundkę wokół stacji, żeby sprawdzić czy wszystko działa jak należy.

Do Calais Marjanna przyjechała za późno, żeby zdążyć na zaplanowany pociąg.
Zaproponowano jej przeprawę o 21:50.
Biorąc pod uwagę, że po zjechaniu z pociągu potrzeba było jeszcze dobrych 4h jazdy żeby dotrzeć do domu, noc zapowiadała się świetnie.
Marjanna odebrała swoją zawieszkę i udała się do kontroli paszportowej.
A tam, jak można przypuszczać, poproszoną ją aby zjechała na bok.
Uprzejma pani oficer zaczęła wypytywać dlaczego, po co i jak.
Marjanna przedstawiła komplet dokumentów na potwierdzenie swojej wersji, odpowiedziała na kilka dodatkowych pytań i spokojnie udała się do ‚poczekalni’.
Szybka wymiana pieniędzy w kantorze, krótka wizyta w toalecie i koleżanka stwierdziła, że jeszcze wyskoczy na fajkę.
Wyszły więc razem przed budynek i nagle Marjanna wrzasnęła:
– Szlag! Zaraz zaczyna się nasz boarding!
Oczywiście, mimo że w kolejce do wjazdu ustawiły się na czas, do pociągu już nie wjechały.
Ostatecznie z Francji wyjechały o 22:20.
Marjanna była tak wykończona całym dniem za kierownicą auta, że oświadczyła:
– Jedziemy jak najdalej się da, bo jak się zatrzymam, to już nie ruszę. I będziemy nocować na parkingu z tirowcami…
Przy którymś ‚skrzyżowaniu’ autostrad pomyliła do tego drogę, wjechała na nie ten zjazd co trzeba i w efekcie nadłożyła dobre pół godziny, przez wsie i miasteczka.
Na szczęście koło 2 w nocy dotarła do celu.
No prawie, bo skończyło się noclegiem w domu u koleżanki.
Ale w końcu wszyscy byli w domu.
Nawet Ford.
Z wyjątkiem Małżonka, bo on pojechał zwrócić w Amsterdamie swoje auto.
Wczoraj się okazało, że przy okazji oddał też swój komplet kluczy od domu ;)

Limit pecha na to stulecie Marjanki wykorzystali z nawiązką!


23 myśli nt. „O tym jak Marjanna (prawie nie) wyjechała do Anglii vol.2”

  1. Małżonkowi siwych włosów niech lepiej nie przybywa – zrobi się jeszcze bardziej mrrałł i Marjanna swoje wyrwie jak on tak ciągle poza domem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiadomienia o nowych komentarzach: