Puszczalska panienka.

Córka Młodsza skończyła właśnie 10 miesięcy.
Jak większość niemowlaków w tym okresie życia zaczęła się… puszczać.
Puszcza się stołu, puszcza kanapy, nawet matczynych nogawek…
I w sumie nie byłoby w tym nic złego, gdyby umiała zachować równowagę taka puszczona.
Ale nie – Córka preferuje ekstremalne wyzwania i idzie na żywioł.
Albo raczej nie idzie, tylko leci lotem koszącym.

Ostatnio tak poleciała, że wyrżnęła szczęką w stolik.
W efekcie przegryzła sobie język… mimo, że wciąż nie ma ani jednego zęba!
Nawet sobie nie wyobrażacie ile krwi jest w takim małym języku.
Łzy się lały, krew kapała, a Córka Młodsza z tego wszystkiego się zachłysnęła i wyrzygała na podłogę zjedzonego wcześniej banana.
Na trzy raty, żeby się nie ograniczać do jednego tylko kąta pokoju.
Na koniec rozejrzała się uważnie dookoła oceniając zapewne zniszczenia i ofiary, i… zaczęła bić brawo.
– No chyba sobie żartujesz… – mruknęła tylko Marjanna pod nosem.

Mała żmija, na własnej piersi hodowana!


21 myśli nt. „Puszczalska panienka.”