O tym jak Marjanna (prawie nie) wyjechała do Anglii vol.1

Był późny niedzielny wieczór, 24 maja, gdy Marjanna z Małżonkiem dyskutowali przez telefon o niedawno ogłoszonym wyniku wyborów prezydenckich.
Do rozmowy co chwilę wtrącała się Córka Starsza, pokrzykując na zmianę, że teraz to dostanie w szkole tablet i czy to znaczy, że będzie wojna.
Syn tylko cicho mruczał coś pod nosem.
Następnego dnia Małżonek znów zadzwonił:
– A może byśmy się przenieśli do Anglii?
– Ale to go tak po wyborach przyszpiliło?? Coś ty mu o tym Dudzie opowiedziała??? – zdziwiła się Matka Sanepid

Wbrew pozorom decyzja o wyjeździe nie miała nic wspólnego z wyborami ;)
I tak, niespełna dwa miesiące później, Marjanki pojechały szukać domu.
Samochodem, z Córkami (bo Syn został z Babcią) przez pół Europy.
Drugiego dnia mieli dom, trzeciego – zapisali Potomstwo Starsze do szkoły.
Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku udali się w podróż powrotną do Polski, spakować swój dobytek.
Małżonek optymistycznie założył, że tydzień z lekka starczy na wyprowadzkę.
W efekcie, ostatniej nocy ładował graty gdzieś do 2 ;)
A Marjanna w tym czasie ogarniała mieszkanie.

Przewiezienie 15m3 mebli i innych gratów na koniec kontynentu (a nawet jeszcze dalej) nie jest zadaniem prostym.
Tym bardziej, jeśli oprócz mebli przwozi się też trójkę dzieci.
TYCH (!) dzieci.
A że Marjanna z Małżonkiem są świetni w robieniu planów, to wszystko sobie zaplanowali.
Warszawa –> Magdeburg, Magdeburg –> Amsterdam, Amsterdam –> Dunkierka i Dover –> Birmingham.
W Amsterdamie kilkudniowy postój na zregenerowanie sił i przeładowanie gratów do mniejszego, wynajętego samochodu.
Plan niemal idealny, cóż mogło pójść nie tak?!?

No więc nie tak poszło wszystko, co się dało ;)
Pierwszy problem pojawił się w Amsterdamie w poniedziałek rano, gdy Marjanna z Małżonkiem mieli jechać odebrać wypożyczonego vana.
Małżonek zasiadł za kierownicą rodzinnego Forda i… nic.
Ford odmówił współpracy i umarł.
No, z raz kaszlnął zanim zdechł.
Marjanna wróciła więc do domu, do Potomstwa, Małżonek wsiadł w taksówkę, a z Fordem został kolega, żeby go przekazać mechanikom.
Diagnoza – problem z pompą paliwa.
Mechanicy magicy coś podziałali i samochód ożył.
W międzyczasie Małżonek zadzwonił do Marjanny z radosną informacją:
– Meble się nie zmieszczą! Bierzemy tylko to, co najpotrzebniejsze.
Marjanna trochę się zmartwiła, bo uznała że to, co najpotrzebniejsze dla niej nie koniecznie będzie takie i dla Małżonka.
Na szczęście okazało się, że nie weszły tylko kanapy.
– No nic, bez kanap da się żyć – mruknęła Marjanna pakując jedzenie i kosmetyki, z których koszystali podczas pobytu w Holandii.

Ostatecznie, tuż przed 18, Marjanna zasiadła za kierownicą Forda z Synem i Córką Młodszą za plecami, a Małżonek z Córką Starszą wdrapali się do wypożyczonego vana.
Deszczowo pożegnali Amsterdam, wpisując w nawigacji francuski adres w Dunkierce.
Zgodnie z planem, mieli nocować w niedrogim hotelu niedaleko portu by bladym świtem, Marjanna ze swoją częścią dzieci udała się na prom, a Małżonek i CS – na pociąg do Calais.
Tyle byłoby z planów, gdyż do Dunkierki nie dojechali.
Jakieś pół godziny od celu, tuż przed francuską granicą, gdy Marjanna pruła niebieską strzałą po belgijskiej autostradzie… Ford zdechł.
Słabe to uczycie gdy nagle, przy 140km/h na liczniku, auto zaczyna tracić moc i hamować.
Silnikiem hamować, więc nawet światła STOPu tego nie sygnalizują…
Marjanna wrzuciła awaryjne, zaczęła się modlić i szukać bezpiecznego zjazdu na pobocze.
Po czym zadzwoniła do Małżonka:
– Bejb, jest taka sprawa – mruknęła po zwyczajowej wymianie uprzejmości – auto się zepsuło.
Tak zaczęło się najdłuższe 5 godzin w życiu Marjanków.
W deszczu, w ciemności, na poboczu autostrady po której mknęły rozpędzone tiry.
Mega impreza, powinniście kiedyś spróbować ;)
Choć może lepiej bez dzieci, które głodne i zmarznięte jęczały na tylnej kanapie auta.

Po jakichś trzech godzinach znawiła się w końcu pomoc.
Niestety, nie ta po którą, z narażeniem życia, poszedł zadzwonić Małżonek.
Dobrze, że mu Marjanna dała odblaskową kamizelkę, bo inaczej zupełnie nie byłoby go widać ;)
Pan mechanik orzekł, że Ford nie żyje i trzeba go do warsztatu odholować.
Niestety, na holowniku miał już jedno auto, więc kazał czekać.
W międzyczasie zjawił się policyjny radiowóz.
I w końcu coś się ruszyło!
Przemiły, prze-przystojny, wysoki (MS, zainteresuj się też belgami!) pan policjant szybko zorganizował holownik oraz hotel dla Marjanków.
Zaproponował nawet, że może Marjannę z Potomstwem do hotelu zawieźć, ale – niestety ;) – ostatecznie pojechali holownikiem.
Umarły samochód został odstawiony do serwisu Forda, a Marjanki prosto do znalezionego przez policję hotelu.
Za jedyne 135EUR za dobę (no, w sumie pół doby) dostali prawdziwy apartament – 2 piętra, 2 sypialnie, salon z kuchennym aneksem…
Małżonek trochę się zmartwił, jak przyszło do płacenia, ale gdy wszedł do ‚pokoju’ uznał, że przynajmniej wie za co zapłacił ;)
A widok z okna Marjanna miała taki

photo by Marjanna
Widok z okien pokoju hotelu Floreal Nieuwpoort

Obsługa hotelowa spisała się też na medal.
O 2 w nocy ciężko kupić gdzieś jedzenie, szczególnie w niewielkiem mieście, jakim jest Nieuwpoort.
Smutne, głodne Potomstwo musiało wygladąć naprawdę bardzo żałośnie, bo sam menager przyniósł do pokoju bochenek krojonego chleba, koszyk pełen masła, dżemów i kremów do pieczywa i do tego talerz z wędliną i serem.
Po długiej nocy niczego więcej Marjankom nie było trzeba…

Kładąc się do łóżka, uznała Marjanna, że to chyba jeden z najgorszych dni.
No, a jednak nie ;)

Na koniec kilka zdjęć z wycieczki po Amsterdamie, zakończonej – jakże by inaczej – mandatem za parkowanie ;)

photo by Marjanna B.
photo by Marjanna B.
Córka Starsza
Córka Starsza
Syn
Syn

c.d.n


31 myśli nt. „O tym jak Marjanna (prawie nie) wyjechała do Anglii vol.1”